poniedziałek, 17 czerwca 2013

Prezentowa niespodzianka! ~ Kareck.


Występują wulgaryzmy oraz scena +18. Czytasz tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność!

Kareck. 



Kolejna impreza organizowana w domu Katherine Salvatore – Morgan przez Katerinę Walker, lamissamę, pół czarownicę, pół wampira, która obecnie stała przed lustrem i wpatrywała się w swoje ciało.  Według niej wcale nie wyglądała tak rewelacyjnie, jak wszyscy na nią patrzyli. Sądziła, że ma za grube nogi, za duży brzuch i opadającą skórę, a jedyne, co jej się podobało to włosy koloru blond, zazwyczaj pokręcone, które swobodnie opadały na ramiona Katty. Westchnęła po raz kolejny, niechlujnie zwiewając. Zerknęła na zegarek. 16:45. Zagryzła wargę, przenosząc wzrok na Kath. 25-letnia wampirzyca rozmawiała właśnie przez telefon i widocznie nie przejmowała się losem solenizantki, która umierała ze strachu. A ta nawet nie miała ochoty podsłuchiwać, z kim owa dziewczyna rozmawia, dopiero, kiedy zakończyła konwersację, odwróciła się do niej przodem.
- Z kim rozmawiałaś? – Zapytała, biorąc się pod boki. Katherine zagryzła wargę. Widać było po niej, że nie ma najmniejszej ochoty mówić blondynce, ale jak nie ona, to sama sobie wyciągnie te informacje.
- Z Marcusem. – Kat zmrużyła oczy, czekając na dalszą część. Wzięła głęboki wdech. – Derecka nie będzie. – Dokończyła brunetka, spuszczając swój wzrok, zaś blondynka wypuściła powietrze. Mogła się tego domyśleć. Kim był owy chłopak? 21-letni Dereck Vincent Dios, pół wampir, blondyn, ukochany Katty, który po prostu ją zdradził, kiedy przerosła go opieka nad dzieckiem. Blondynka nadal obwinia się o to, że kiedykolwiek go pokochała. Ba! Ona obdarzyła go wpadnięciem, najsilniejszym uczuciem, jakie istnieje. To najmocniejszy etap miłości. Kochasz raz i na zawsze. A tak właśnie było teraz. A jeśli ta osoba cię zrani, spadasz na samo dno i gdyby nie William, zapewne Katerina byłaby właśnie na samym dnie.
- Gdzie Will? – Zapytała, ponownie odwracając się w stronę lustra. Odsunęła szafę obok, wpatrując się w swoje sukienki. Każda była od Diosa, co niezmiernie ją irytowało. Nienawidziła tego uczucia i bardzo chciała o nim zapomnieć. O wszystkim, co było związek z idealnym kretynem.
- Jest z Rosie, bezpieczny. Pojedzie z nią do Lisy, Dasi, Sebastiana i Daniela. Nie masz nic przeciwko, prawda? - Dziewczyna pokręciła głową. Szczęście dziecka było dla niej tak naprawdę najważniejsze. Zaniedbywała wszystko, co możliwe, nawet dla niego zrezygnowała ze studiów. Ale nie mogła zapomnieć o tym, że to dziecko jej byłego. Z dnia na dzień chłopiec stawał się coraz bardziej podobny do ojca. – Załóż czerwoną i czarne szpilki. – Kath podeszła do niej bliżej, kładąc jej ręce na ramionach. – To twój dzień, Katty, pamiętasz? Zero stresu, Diosa nie będzie. – Westchnęła cicho, wyciągając odpowiednie rzeczy. Bez słowa ruszyła w stronę łazienki, gdzie związała swoje włosy i weszła pod prysznic. Tego teraz potrzebowała. Ciszy i spokoju. Po piętnastominutowym laniu wody na swoje ciało, zrobiła dość delikatny makijaż. Nie potrzebowała robić się na niewiadomo, kogo. Sporo osób twierdziło, że była naturalnie piękna, pomimo tego, że wcale w to nie wierzyła. O równej 18:50 wyszła z łazienki, poprawiła wszystko w swoim pokoju, po czym opuściła go, słysząc pierwszy dzwonek do drzwi. Nadal trzęsły jej się nogi, a w głowie huczała myśl, czy aby na pewno Dereck dzisiaj się nie pojawi. Nie zniosłaby tego. Olewała go przez ostatnie 2 lata, dlaczego teraz miałoby być inaczej? Wzięła 2-letnie dziecko na ręce, po czym otworzyła drzwi. Przed nią ukazała się blond włosa dziewczyna wraz z przystojnym brunetem. Za tą parą kolejna, tym razem czarnowłosa i czarnowłosy, a potem kilka innych osób. A więc po kolei mówiąc: Caitlyn Tomilson wraz z Romeem Stawickim, Veronica Skye i Jeremy Gilbert, a za nimi Effy, Odd, Aelita, Jeremy, Torrey, Paul i kilka znajomych twarzy, których imiona Katty nigdy nie potrafiła zapamiętać. Przywitała się z każdym po kolei. Oczywiście, wszyscy ekscytowali się widokiem małego Williama, który nadal nie miał nazwiska. Tak, Kat nadal nie zdecydowała, jak jej synek będzie się nazywał.
- Ciociu, ciociu! – Krzyknęła uradowana 15-letnia Rosie zabierając od niej chłopczyka. Uwielbiała się z nim bawić, każdego dnia spędzała przynajmniej 4 godziny na opiece. – Viv powiedziała, że jak przyjedzie ciocia Katie z resztą to zabierze nas do Lisy. Will jedzie z nami? – Radość Rosemarie sprawiała, że nawet blondynka się uśmiechnęła.
- Tak, tylko błagam, jesteś odpowiedzialna, Lisa też, więc zajmijcie się nim należycie, nie rozpieśćcie go bardzo…
- Katty, poradzą sobie. – Głos Adriana sprawił, że dziewczyna mimowolnie drgnęła. Od kilku lat to właśnie Adi najbardziej jej pomaga. Nie są razem, gdyż on ma dziewczynę, człowieka – Meredith. Kat od zawsze im dopinguje. Westchnęła, zabierając Williama na swoje ręce, po czym ucałowała go w głowę. Już miała się odezwać, kiedy kolejne pukanie rozległo się na parterze. Martin zabrał Ross do pokoju obok, a Katty wzięła kilka głębokich wdechów i otworzyła drzwi. Byli wszyscy. Oprócz niego. Chłopaka, którego kochała ponad życie. Przywitała się po raz kolejny, wskazując na salon. Dopiero po chwili dostrzegła opartego o framugę blondyna. Stał i bezczelnie na nią patrzył. A może na ich syna? Serce Kat zaczęło bić jak oszalałe, a nogi uginały się, jakby były z waty. Motylki fruwały po całym brzuchu dziewczyny, całe ciało odmówiło jakiegokolwiek posłuszeństwa.
- Ślicznie wyglądasz, skarbie. – I wtedy dotarło do Katty, że powinna się stąd ruszyć, zaś Dereck, bądź, co bądź, zaczął przeklinać na siebie w myślach. Nie powinien tak mówić.
- Do każdej swojej dziwki tak mówisz? – Prychnęła, gestem ręki niechętnie zapraszając go dalej. Kiedy tylko wszedł, zamknęła za nim drzwi za pomocą magii, po czym z wyraźnym wstrętem na niego spojrzała. Kochała go, ale zdradził ja. Potraktował jak każdą lepszą. Odpowiedź, jaką dostał od swojej byłej widocznie zbiła go z tropu. „Po co ja tu w ogóle przychodziłem?” – prychnął w myślach, zagryzając dolną wargę. Do żadnej tak nie mówił. Żadnej nie nazywał swoim skarbem. Ale ona nie była już jego. Popełnił durny błąd. Jeden, durny błąd. Zatopił swoje problemy w wódce, przespał się z przypadkową dziewczyną, a że nie mógł jej okłamywać, przyznał się. Dobrze pamiętał dzień, w którym Katty zaczęła pakować walizki, krzycząc, że go nienawidzi, że ma w dupie całą wieczność. Spakowała nie tylko siebie, ale też rzeczy ich synka. Dereck bardzo dobrze wiedział, że stracił cały swój świat. A widok łez spływających po policzkach Kat dobijał go jeszcze bardziej.
- Jest podobny do ciebie. – Zagryzła wargę. Czego on chciał? Nie rozumiała, po co rzucał takimi tekstami. Chciał ją znowu doprowadzić do obłędu? Miała po raz kolejny odpowiedzieć mu dość wrednie, ale Vivenne położyła jej rękę na ramieniu, po czym odebrała od niej Williama. Rzuciła srogie spojrzenie chłopakowi, syknęła coś pod nosem, a następnie odeszła. – Nie pozwoliłaś mi się z nim pożegnać, ska… - Urwał. Nie miał pozwolenia, żeby znowu ją tak nazywać.
- Czy ty myślisz, że masz jakiekolwiek prawa do niego?! To nie jest twój syn, Dios. I nigdy nie będzie, rozumiesz? Nigdy. Co, dziwki ci się na dzisiejszą noc skończyły? A pożegnać ci się pozwoliłam. Kiedy wychodziłam z twojego mieszkania. Kiedy oznajmiłeś mi, że pieprzyłeś się z pierwszą lepszą. Kiedy powiedziałam ci, że nic już dla mnie nie znaczysz.  – Warknęła patrząc prosto w jego oczy. Nienawidziła go, a zarazem kochała. Jak to możliwe, żeby taki kretyn przewrócił cały jej świat do góry nogami? Nie miała ochoty dużej z nim rozmawiać, więc w wampirzym tempie zniknęła w pomieszczeniu pełnym ludzi.
Nie minęły 5 godziny, a solenizantka była już nieźle wstawiona. Alkohol, papierosy i narkotyki. Nie przejmowała się tym, że przecież dwa lata temu tak samo zginęła jej przyjaciółka. Z przedawkowania. Miała cholernie gdzieś to, co się teraz działo. Ważna była zabawa. Nie należała już do nikogo. Oblizała wargi. Mimo to, poczuła gdzieś w środku ukłucie zazdrości, kiedy Dereck bawił się z jedną z zaproszonych dziwek. Dobrze wiedziała, że chciał, by to zobaczyła. Upiła łyk alkoholu prosto z butelki, po czym prychnęła pod nosem.
- Pieprz się, Dios.
- Z tobą, skarbie? – Prychnęła po raz kolejny. Obserwował ją. Cały czas. Po raz kolejny wzięła łyk wódki, odwracając się w jego stronę. Dereck jednak nie czekał na jakikolwiek odezw. W wampirzym tempie zabrał ich do pokoju blondynki, zamykając drzwi na kluczyk. Alkohol dawał o sobie znać, każde z nich było świadome, że na trzeźwo w życiu nie posunęliby się do takiego kroku. Dziewczyna bezwładnie opadła na białą pościel, zaś chłopak zawisnął wprost nad nią. Wpił się w jej usta, chcąc znowu poczuć ich smak. W końcu minęły dwa lata, od kiedy nie mógł dotknąć blondynki, a właśnie teraz jego ręce biegały po całym ciele Katty. Ona sama odwzajemniała każdy jego pocałunek, z ogromnym pożądaniem i namiętnością, językiem drażniła podniebienie Derecka. Szybko zamieniła ich miejscami, całując szyję chłopaka, w jednym miejscu zatrzymując się na dużej i zostawiając ślad, tzw. malinkę. Dość starannie rozpinała każdy guziczek od białej koszuli swojego kotka. Bo tak kiedyś go nazywała. Z każdym nowym odkrytym miejscem składała tam pocałunki, od czasu do czasu drapiąc swoimi paznokciami. Niepotrzebna odzież wylądowała gdzieś w kącie pokoju. Dereck nie pozostawał jej dłużny, bo już po chwili sukienka i stanik dziewczyny leżały gdzieś na podłodze.  Przyznajmy sobie szczerze – już dawno brakowało mu takiego widoku. Wreszcie ją miał. Z powrotem, przy sobie, w swoich ramionach. Czuł jej dotyk, jej usta, czuł ją. Przy sobie. Cały jego świat. Położył ją na plecach uśmiechając się zadziornie. Był świadomy tego, jak egoistycznie się zachowuje, ale inaczej nie mógł. Wreszcie miał swojego skarba. Miał Katty. Szybkim ruchem pozbył się z jej ciała koronkowych majtek, po czym przyssał się do jednego sutka. Przygryzał, lizał, ssał. Tak samo robił z drugim. Na twarzy Kateriny malowała się radość, przepełniona z pożądaniem i zadowoleniem. Kochała go. Całą sobą. Nie potrafiła już dłużej udawać. Nie, kiedy on właśnie drażnił palcami i językiem jej kobiecość, a ona była pod wpływem alkoholu. Nie, kiedy był z nią. Oblizała wargi, wydając z siebie coraz to głośniejsze jęki i krzyki. Nie bała się, że ktoś ją usłyszy. W końcu impreza trwała w najlepsze, ona była już nieźle spijana, a muzyka docierała pewnie na drugi koniec osiedla, na którym mieszkała.  Mieliła pościel w swoich rękach, czując, jak zaraz nie wytrzyma. Soki zaczęły spływać po jej wewnętrzności, a Dios zamiast zostawić ją w spokoju, oblizywał całe jej ciało. Dziewczyna prychnęła, odrzucając go od siebie i rzucając na pościel. Uśmiechnęła się łobuzersko, całując jego podbrzusze. Rękami zaś masowała narząd płciowy chłopaka, by już po chwili włożyć go do ust. Pamiętała bardzo dobrze, co uwielbiał, Dereck, dlatego od razu zaczęła oblizywać, czasem przygryzać napletek, dając mu tym samym niesamowite zadowolenie, jednak on nie pozwolił jej dokończyć swojej „pracy”, bo czując, że długo nie wytrzyma pod wpływem ust dziewczyny, czy też rąk, zamienił ich miejscami i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wszedł w nią ostro. Krzyk rozkoszy wydobył się z gardła blondynki, a po chwili słychać było jęki i wołanie imienia drugiej osoby od nich obu. Dios nie wiele myślał w tamtym momencie, po prostu spuścił się w niej, ostatni raz całując ją w usta. Opadł obok niej, głaszcząc policzek dziewczyny.
- Kurwa, Dereck… - W głosie Katty słychać było nutkę zadowolenia, ale i wściekłości. Na siebie samą. Nie powinna pieprzyć się ze swoim byłym. Cholera, nie powinna. Zagryzła wargę, przymykając oczy.
- Kocham cię, skarbie. – Wyszeptał jej prosto do ucha, przygryzając jego płatek. Teraz był już pewien – jest szansa, że jeszcze kiedyś będą razem.
(…)
Promienie światła zaczęły drażnić oczy blondynki. Niechętnie podniosła swoje powieki, ziewając i niechlujnie się wyciągając. Dopiero po chwili poczuła, że nie jest sama, a od tyłu ktoś ją obejmuje. „Kolejny kochanek.” – prychnęła w myślach. Odwróciła się w stronę partnera, po czym w wampirzym tempie stanęła przy ścianie, zupełnie nie przejmując się nagością. Nie raz już tak ją widział.
- Kurwa mać! – Krzyknęła, zagryzając wargę. Dereck wyciągnął się, wpatrując się w jej ciało. Cholera. Katty za nic nie pamiętała, co się stało poprzedniej nocy, ale patrząc na porozwalane ubrania i łóżko oraz ten mocny ból głowy.  Impreza. Kac. Seks z Diosem. To wszystko układało się w jedną całość. – Ja pieprzę… - Szepnęła do siebie.
- Tak, ja też, ale ciebie. – Posłała mu wrogie spojrzenie, sięgając po czystą bieliznę. Ubrała ją w tempie natychmiastowym, a z szafy wyciągnęła czarne spodenki i białą bokserkę.
- Uważam, że powinieneś już iść. – Wielki znak zapytania malował się na twarzy blondyna. „Traktuje mnie jak jednonocnego kochanka?” – przebiegło mu przez myśl. W wampirzym tempie ubrał swoje rzeczy, podchodząc do niej jak najbliżej się da. Złapał ją w talii, przyciągając do siebie i wbił się w jej usta. Mimo wszystko, dziewczyna natychmiast odwzajemniła jego pocałunek, nie panując nad sobą, jak i swoim ciałem. Dopiero po chwili odsunęła się o pół kroku.
- Już dawno nie słyszałem takich wspaniałych krzyków. Jesteś idealna, skarbie. – Odepchnęła go od siebie, za pomocą ręki otwierając drzwi. Gdy chłopak tylko je zamknął, oparła się o nie, chowając głowę w dłonie, a jedyne, co chodziło jej po głowie to: „jak ja mogłam być taka głupia.”
(…)
Od feralnej, a zarazem przepięknej nocy z Dereckiem Diosem minęły równe dwa tygodnie. Przez ten cały czas, dziewczyna nie rozmawiała praktycznie z nikim. Większość czasu poświęcała swojemu synkowi. Tylko raz wyszła z domu, do apteki, a po powrocie i zamknięciu się w łazience, nie wychodziła już wcale.

Pogłaskała po główce swoje maleństwo, kiedy to smacznie spało, po czym cicho westchnęła.
- Musisz mu powiedzieć. – Usłyszała głos Julie dochodzący z rogu pokoju. Juliette Drusus – Santi była jej przyjaciółką, tą, która „zastąpiła” Lenę. Obok owej Juls stał też Marcus Caius Santi – najlepszy przyjaciel Derecka. Obydwoje wiedzieli, bo Katty potrzebowała ich pomocy. – Ale musisz mieć pewność, że to jego dziecko.
- A niby czyje, hm? – Rzuciła jej srogie spojrzenie, cicho wzdychając. – Nie sypiałam przecież z nikim od dawna, większość czasu spędzałam z Willem, od roku nie miałam kochanka. Julie, to jest jego dziecko. – Głos Katty powoli się załamywał, a łzy nabrały się do jej oczu, które musiała aż przymknąć. Marcus westchnął, wpatrując się w nią bacznie.
- Posłuchaj, Katty… - Zaczął, przygryzając wargę. – Tak, Dereck nie poradził sobie raz. Nikt nie mówi, że poradzi sobie drugi. Ale musi wiedzieć, że ma jeszcze jedno dziecko, z tobą, które urodzi się za 4 miesiące. Twoje ciąże są inne, nikt się o nich nie dowie, dobrze o tym wiesz. Ale macie 4 miesiące, żeby znowu się zejść, albo i Will i to dziecko będą wychowywały się bez ojca. Dios cię kocha. Trudno mi nawet uwierzyć, że on naprawdę cię zdradził, ale skoro się do tego przyznał, nie mnie to kwestionować. Ja tylko ci mówię, że tym razem sobie poradzi. A jeśli nie – zasługujesz na kogoś lepszego.
(…)
Jej ręka cała się trzęsła. Nadal miała klucze do mieszkania, przed którym właśnie stała. Przed mieszkaniem Derecka. Zagryzła wargę. „Nie powinnam tutaj być.” – przeszło jej przez myśl, po czym otworzyła je, dość niepewnym ruchem. Dios momentalnie zjawił się w korytarzu, ze swoim notatnikiem, w którym miał ukochane fotografie i rysunki. Zdziwiło go przyjście Katty, ale z drugiej strony – niesamowicie się cieszył.
- Cześć… - Zaczęła niepewnym głosem, zdejmując swoje baleriny. – Po prostu… Mam coś dla ciebie. – Nie chciała tego przedłużać, musiała mu pokazać, bo powiedzieć nie dałaby rady.
- Hej, Katty, wszystko w porządku? Cała się trzęsiesz… - Od Derecka aż biło troską, ale Walker olała to, wyciągając trzy testy ciążowe z wynikiem pozytywnym. Bez namysłu podała je chłopakowi, opierając się o szafkę na przedpokoju. Blondyn patrzył to na nią, to na pasek, zagryzając wargę. – Jesteś w ciąży…
- No brawo geniuszu. – Rzuciła, zanim ugryzła się w język.
- Jestem ojcem, prawda? – Spytał, odkładając testy obok niej. Patrzył prosto w oczy Kat, chcąc wyczytać z nich cokolwiek, a jedyne co rzucało się w oczy to przerażenie. Bała się. Ale czego? Że znowu ją zostawi? Że będzie miał gdzieś ją i życie dziecka? Ich kolejnego maleństwa… Blondynka skinęła prawie niezauważalnie głową, przygryzając od środka wargę dolną.
- Ojcem to może nazywać się ten, który cię wychował. – Jednak mężczyzna olał te słowa. Po prostu wpił się w jej usta, podnosząc ją do góry i zakręcając dookoła.
- Więc je wychowam. Dopuść mnie do siebie, do niego i do Willa. Poradzę sobie, tylko proszę, bądź ze mną. Kocham cię, skarbie. Jesteś całym moim światem. Nie umiem bez ciebie żyć. Nie radzę sobie. Potrzebuję cię. – Na twarzy kobiety pojawił się szeroki uśmiech. Nie odpowiedziała. Po prostu wpiła się w jego wargi.

______________________________________________________________________

Cześć wam! Zaczynając od początku: jest to jednopart, napisany w półtora dnia,  zawierający 2629 wyrazów. Kareck to połączenie imion Dereck & Katerina. Zastanawiałam sie nad dodaniem podkładu, ale nie mogłam się zdecydować. Ostatecznie, nie wybrałam żadnego. Najbardziej lubiłam pisać to przy Parachute - Kiss me slowly.
Skąd w ogóle wzięło się "Kareck"? Hm.. To historia, którą ogarnie tylko osoba wtajemniczona, a, że po prostu... Nie przedłużajmy tego. Nie wszystkie postacie są moje, ale dostałam pozwolenie na wykorzystanie ich. "Wyglądy" macie na samym początku.
OneShot dedykowany jest dla KATIE.
Skarbie, kotku, my love, my lover, Maleństwo, musisz wiedzieć, że jesteś najlepsza na świecie, a ja już nie mogę się doczekać naszego spotkania, pomimo czarnych wizji, jakie obydwie mamy.<3

Chciałam Wam też wszystkim podziękować za słowa wsparcia pod wcześniejszą notką. Dodały mi otuchy, przyprawiły o łzy szczęścia i takie uczucie: "Masz osoby, które cię wspierają, a które cię nie znają. To skarby." Tak, wy jesteście moimi skarbami.<3

To by było na tyle. Dajcie znać co sądzicie o tym na górze!

Love,
Kath. <3

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nie jestem i nie będę idealna.






                                                 Nie, to nie będzie kolejna forma listu. To też nie będzie kolejne pouczanie Was, jak nie traktować ludzi z problemami. To będę czysta ja. Zbuntowana, kochana, wredna, miła, bezczelna, przyjacielska, chamska i radosna Katherine. Totalnie niezorganizowana i nieodpowiedzialna.

How does it feel? Pretend it's OK
My eyes deceive me, but it's still the same
Pretend it's OK

                                                Co teraz robię? Siedzę, płaczę i próbuję się nie pociąć. Wiecie, mam dość udawania najlepszej i kochanej. Wszyscy sądzą, że tak Kasia, nawet ta z przed roku jest ciągle we mnie. Ale tej dziewczyny już nie ma. Nie ma nastolatki zagubionej, która jest uzależniona od swojego chłopaka, czy swoich „przyjaciół”. Nie ma dziewczyny, która ćpa, która próbuje popełnić samobójstwo. Jest o wiele silniejsza dziewczyna, która i tak sobie nie radzi. Jak myślisz, ile razy próbowałam powiedzieć sobie „stop”, kiedy przykładałam cyrkiel do ręki, nogi, pleców? Ile razy wmawiałam sobie „i don’t care. I just don’t care”? Och, powiem Ci odpowiedź na to drugie – zawsze, kiedy przechodzę obok Nich właśnie to do siebie mówię. 

I wish that I can get the day back and tell you it's alright

                                                Moja rodzina uważa, że jestem beznadziejna. Nie mam 6 i 5, moja średnia jest poniżej 4,0. Ale kiedy Dawida wypierdolili ze studiów, nic się nie działo, przecież pójdzie w przyszłym roku. Nikt nie widzi co się ze mną dzieje, wszystko ukrywam pod maską uczuć. Uczuć tych fałszywych. Uśmiechu, radości, szczęścia. A wspomnienia zabijają mnie codziennie.

I see the light that I'm chasing
A memory, but it's fading

                                                Tak, codziennie. Codziennie myślę o ponownym zabiciu się. Stoję przy oknie i myślę sobie: „a gdyby tak stanąć na parapecie i jebnąć w końcu z tego czwartego piętra? Byłby święty spokój.” W pewnym momencie jednak życie zmusza Cię do tego, byś udawała silną. Pełną życia, energii i pomysłów. Zakrywania każdego uczucia. Chowania głęboko, trzymania tego w sobie i nie pokazywania, jak cholernie źle jest. 

One breath, one step, one life, one heart
Two words, two eyes, new begin, new start

                                                Powinnam przestać udawać, że wszystko jest na swoim miejscu, powinnam przestać udawać tej najlepszej. Ale jak to zrobić, kiedy wszyscy mają cię za idealną? A przynajmniej chcą, żebyś taka była. 

Everything was so worthless,
I didn't deserve this,
But to me you were perfect.

                                                Zagryzam dolną wargę, hamując kolejne łzy. Patrzę na swoje pół nagie ciało, z racji siedzenia w koszulce męskiej do spania i myślę sobie: cholera, chcę być ładniejsza, chudsza, chcę być inna. Chcę być tą dziewczyną, którą byłam kilka lat temu. Chudą, ładną, mądrą. Nie tą pyskatą, małą, która waży 59kg przy wzroście 155cm. Potem od razu przychodzą na myśl wspomnienia. Jak to mnie nazywali? „Wpierz”, „świnka”, „tłusta”, „gruba”. Młodzież w moim wieku nie ma litości, przekonałam się o tym już w 5 klasie, kiedy zaczęli mnie wyzywać od najgorszych, naśmiewać się ze mnie, z mojej wagi. To właśnie wtedy zaczęły się prawdziwe kłopoty. 

Nothing here, no one talking, know when it's too late
But sometimes it can get so hard pretending it's OK

                                                Kiedy patrzę rano w lustro widzę bladą, rozczochraną, brzydką, niepewną, nawiwną, zagubioną dziewczynę, która przepłakała kolejną noc, która udaje, że wszystko jest okej, która rozpada się na kawałki.

Nothing here, no one talking, nothings gonna change
But sometimes it can get so hard pretending it's OK

                                                Tak, rozpadam się na kawałki. Pomimo tego, jak próbuję być idealna. To wszystko zaczyna mnie zabijać, już zaczęło, jest w samym środku. Nie wiem, co będzie w kolejne wakacje. Nie sięgnę znowu po leki, raz nie wyszło. Ale może drugi raz po prostu jebnę z czwartego piętra, wpadnę pod pociąg albo samochód? A może potnę się tak, żeby wykrwawić się na śmierć? Czy nie byłoby lepiej? Dla mamy, taty, siostry? Brak problemów. 

It’s hard to say that everything will be OK.

                                                Tak, czuję się jak kłopot, problem, przypadek. Ktoś niechciany przez rodziców, jak jakiś intruz. Zawsze wina zwalana jest na mnie, a kiedy próbuję się wytłumaczyć wypominane mi są moje błędy. Może dlatego tak schowałam się w sobie? Może dlatego praktycznie cały czas ryczę? Może dlatego rozsypuję się na kawałki? Nie wiem.

I've gone away, seen better times in yesterday

                                                Z dnia na dzień coraz bardziej boję się o siebie, o swoje życie. Może to egoistyczne, bo w końcu jest wiele innych osób z poważniejszymi problemami, ale… co piątek przeżywam dramat.

I'm scattered through this life.
If this is life I'll say good bye.

                                                Wraca ojciec, jak zwykle pijany, drze się, czasem nawet uderzy. Mnie, psa, mamę, siostrę. Zawsze uciekam od babci. Ale co ja mogę zrobić? Ja, mała? 

I was running in circles,
I hurt myself,
Just to find my purpose.

                                                Tak, czuję się mała i nic nie znacząca. Może właśnie przez ten cały koszmar jestem dziewczyną, która próbuje udawać, kogoś kim nie jest? Nie, nie jestem idealna, nie mam średniej 5,0 jak moja siostra i kuzynka. Tak, pyskuję, mam swój świat, jestem bezczelna i ranię innych. Nie umiem okazywać uczuć, bo nauczyłam się ukrywać je w sobie. Bo jak nie tu, to gdzie?

Take my hand, let's go,
Somewhere we can rest our souls.

                                                Mam dość udawania, że wszystko jest okej. A gdybym podeszła do nich, wręczyła im list, poszła na E7 i jebnęła pod samochód? Nic nie jest okej, moja psychika wysiada, a ja sama nie daję już rady. 

I'd give you my heart,
And let you just hold it.
I'd give you my soul,
But I already sold it.

                                                Nie jestem i nie będę idealna.


 ____________________________________________________________________
Co mogę Wam powiedzieć? Nie wiem. To jest po prostu cała prawda, którą tutaj musiałam powiedzieć, bo ja naprawdę mam już dość udawania. To, u góry, to coś, co siedzi we mnie od kilku miesięcy. W końcu musiałam. 
Przepraszam za taką nieobecność,
Kath <3